31 października 2014 r., wydanie nr: 17098. Imieniny: Łukasza, Urbana, Augusta   Startuj z nami 
 
Słowo - strona główna
Szukaj:   +zaawansowane  
 
 
 
 Słowo > Magazyn "Słowa"

Mam paskudny charakter

Fot. Ł. Zarzycki

Rozmowa z "Lekarzem Roku 2005" Dr Stanisławem Budą nie na temat medycyny i służby zdrowia.

Przyznał się już Pan czytelnikom "Słowa", że uwielbia pływać, ale wyłącznie w otwartych akwenach. Podkreślił Pan, że zna wszystkie zbiorniki w Świętokrzyskim. Czy jednak z takimi zainteresowaniami nie lepsze by były Mazury?

- Mazury też znam. Jeździłem tam - konkretnie do miejscowości Nowy Zyzdrój - prawie na wszystkie wakacje podczas studiów. Przez miesiąc pracowałem jako asystent i oczywiście każdą wolną chwilę wykorzystywałem na pływanie. Jednak bardziej odpowiada mi Bałtyk - jeziora latem są za ciepłe... Poza tym nasze morze jest jednym z najzdrowszych w świecie. Zwłaszcza, kiedy nie ma pogody, wieje wiatr. Już nie mówię o jodzie, ale jaka skóra jest ładna. Naturalnie przyciemniona, nawilżona.

Zaraz, zaraz. Nie bardzo rozumiem: jak to Mazury są za ciepłe?

- Bo ja lubię zimną wodę. Takie 15 stopni Celsjusza, to jest akurat. Dlatego kąpię się już w kwietniu, a długi majowy weekend, to już naprawdę ostatni termin na pływanie. Kto by tam czekał do świętego Jana.

No dobrze, ale kiedy Pan nad ten Bałtyk jeździ, skoro nie wykorzystał Pan nawet urlopu za rok 2004?

- Faktycznie, ja nie mam czasu na urlop. Dlatego już wcześniej stwierdziłem, że najlepiej znam świętokrzyskie zbiorniki. Na przykład taki Biesag, piękne jeziorko w lesie...Poza tym wykorzystuję dosłownie każdą okazję, nie muszę wcale specjalnie jechać np. do Borkowa czy na Cedzynę.

To znaczy?

- Bardzo często przy różnych akwenach zatrzymuję się "po drodze". A dyżurne kąpielówki i ręcznik mam zawsze w samochodzie. Czasami - trzeba przyznać - to budzi zabawne sytuacje. Nie wiem, czy nie biorą mnie za wariata.

?...

- Kiedyś na przykład przejeżdżałem obok Pińczowa. Tam jest takie kapitalne rozlewisko. Już je minąłem, ale odruch zadziałał. Zawróciłem samochód i do wody. Piękne uczucie - czuje się muł przy wejściu, a potem już tylko woda i ja. Pływałem zygzakiem. Na brzegu stał jakiś mężczyzna i cały czas mi się przyglądał. Kiedy wyszedłem, powiedział: panie, tylko czekałem, aż zacznie się Pan topić...

I podobno za tę swoją miłość do wody, zapłacił pan nawet mandat?

- Zgadza się. To było w Sukowie. Piękny zbiornik, czysta, turkusowa woda. Aż grzech byłoby nie popływać. Tymczasem - niestety - nie wolno. Nie posłuchałem zakazów i strażnicy wodni mnie przyłapali. No trudno, nie każdy jest świętym.

Jak wobec tego wyżywa się Pan zimą? Wszak Morsem - z tego co wiem - Pan nie jest...

- Faktycznie nie jestem, chociaż, kto wie? Myślę, że to wcale nie byłby taki problem zanurzyć się zimą w jeziorze czy zalewie na te kilka minut. Ale tego jeszcze nie praktykowałem. Za to biegam boso po śniegu.

Jak to?

- Zwyczajnie. Rano wstaję z łóżka i prosto biegnę na dwór. Już nawet sąsiedzi się przyzwyczaili. To nie trwa długo, kilka minut, ale jak poprawia samopoczucie. A jak hartuje! Nie wiem co to katar.

To już widzę, że na pewno nie da się Pan namówić na źródła termalne. A przecież tyle osób je zachwala i mamy je dość blisko, na Słowacji...

- To nie dla mnie. Gdyby tam było jakieś jeziorko, to kto wie...

Jest i to takie z wodospadem, gdzie na półce skalnej można usiąść i poddać się masażowi. I blisko, pięćdziesiąt kilometrów od Chyżnego. Ale ono nie jest termalne...

- I bardzo dobrze. Kto wie w takim razie czy się nie wybiorę. W końcu kiedyś mnie wyrzucą na ten zaległy urlop.

Jestem w stanie tę pana manię zrozumieć. Ale czy to samo może Pan powiedzieć o swojej rodzinie. Jak żona to znosi?

- Przyznam się, że zazwyczaj nie spędzamy razem urlopów, o ile w ogóle je mamy. Marysia woli zwiedzanie, poznawanie nowych krajów. Więc często jeździ na wycieczki sama. Ale to nam nie przeszkadza. Dla mnie rodzina i miłość jest największą wartością. A jeżeli kogoś się kocha, to się go także rozumie. Z resztą jak inaczej moglibyśmy ze sobą wytrzymać: ona zorganizowana, lubiąca wszystko zaplanować i ja, który mam na prawdę ciężki charakter i działam raczej impulsywnie, jestem rozbiegany, rozkojarzony. Chociaż jeżeli już chodzi o wspólne spęczanie czasu, to w tym roku planujemy wypad do Libii.

Skąd ten pomysł?

- Kiedyś pracowałem tam na kontrakcie. I tam się urodził mój syn. Chcemy teraz pojechać w trójkę, by pokazać mu miejsce urodzenia i pierwszych lat życia. To będzie taki wypad do Tunezji i Libii, a w Trypolisie chcemy się odłączyć od grupy i dojechać do Misuraty, tam gdzie byłem. Przy okazji mam nadzieję odwiedzić starych znajomych.

Faktycznie ma Pan przyjaciół wśród Arabów?

- Ja naprawdę mam stamtąd miłe wspomnienia. Oni są bardzo przyjacielscy, sympatyczni. Oczywiście, samo leczenie, przyjmowanie pacjentów wygląda nieco inaczej. To znaczy uderzyło mnie to, że dla nich wizyta u lekarza jest pewnym oderwaniem się od rzeczywistości, pewną innością. Dotyczy to zwłaszcza kobiet.

A jak się Pan z nimi porozumiewał?

- Po arabsku. Można mi wierzyć albo nie, ale w tamtym okresie, ten język był dla mnie najbardziej znanym w mowie, nawet lepiej niż angielski.

Wróćmy jeszcze do prywatnych zainteresowań. Prawdziwy mężczyzna lubi dobrze zjeść, a czasami nawet też upitrasić...

- No, z gotowaniem to u mnie jest tak, że umiem zrobić jedynie najszybsze danie świata, czyli jajecznicę. A jeżeli chodzi o samo jedzenie, to musi być dużo zielonego. A zwłaszcza pietruszki, którą osobiście uprawiam.

Gdzie?

- Na działce przed domem. Ja mam tam cały warzywniak. I muszę się pochwalić, że w tym roku po raz pierwszy udały mi się pomidory. Do tej pory nic z tego nie było, bo ja nie dodaję sztucznych nawozów. I ciągle zżerały je szkodniki. Ale wreszcie osiągnąłem sukces.

Wiem też, że zajmuje się pan... drzewem...

- To taki mój domowy obowiązek. Mamy w domu tylko ogrzewanie kominkiem. Jego uruchomienie, podpalenie i oczywiście zapewnienie porąbanego drewna, to moje zadanie. Dodam, bardzo przyjemne.

Na koniec, choć na chwilę zahaczmy o medycynę. Ile prawdy jest w tym, że Pana podejście do pacjenta, które tak docenili czytelnicy "Słowa", wynika w dużej mierze z osobistych doświadczeń?

- Nie wiem, czy byłbym inny, gdyby sam nie został pacjentem. Ale faktycznie zdarzyło mi się znaleźć po drugiej stronie barykady. Trafiłem na okulistykę do krakowskiej kliniki. Już byłem lekarzem. Zdawałoby się, że szpital, służba zdrowie, to dla mnie codzienność. Położono mnie na dostawce, w korytarzu. Było mi strasznie zimno i nikt się mną nie interesował. Proszę sobie wyobrazić, że z tego wszystkiego, z tej bezradności, samotności, sam już nie wiem z czego - rozpłakałem się. Dopiero, kiedy podeszła pielęgniarka, spytała, co się stało, przyniosła mi drugie prześcieradło, poczułem się zupełnie inaczej. I następne sześć tygodni wszystko było ok. Ale to zdarzenie faktycznie utkwiło mi w pamięci i nauczyło, że czasami potrzeba tak naprawdę niewiele, by pomóc drugiemu człowiekowi.

Beata Alukiewicz

[wersja do druku]

Nr wydania: 17020, data dodania: 23-02-2006 , mutacja: AC , wyświetlenia: 3202

< wróć

linia

Komentarze:

na razie brak, twój może być pierwszy.

więcej komentarzy >


Copyright "Słowo"