26 lipca 2017 r., wydanie nr: 17098. Imieniny: Anna, Grażyna, Mirosława   Startuj z nami 
 
Słowo - strona główna
Szukaj:   +zaawansowane  
 
 
 
 Słowo > Telesłowo

Nie mam czasu na „sodówy”

Fot. Andrzej Wyderski

Fot. Andrzej Wyderski

Marcin Daniec to jeden z najpopularniejszych satyryków polskich. W 1984 wraz z Krzysztofem Januszem założył Kabaret „Takich Dwóch”, a następnie współpracował z kabaretami „Wały Jagiellońskie” i „Pod Egidą”. Od 1994 występuje samodzielnie. Dużą popularność zapewniły mu regularne występy w programie 2 TVP. Ma żonę Dominikę (na zdjęciu) i córkę Karolinę.

Wesołe jest życie komika?

- Myślę, że jestem człowiekiem, który dostał w prezencie od niebios pewien dar innego patrzenia na wszystko, co nas otacza i dzięki temu jest mi w życiu trochę łatwiej. Nigdy nie popadam w jakieś depresje, nigdy się nie wściekam! Spoglądam na życie przez „różowe okulary”, ale to nie znaczy, że jestem wesoły 24 godziny na dobę przez 365 dni w roku. Jestem normalnym człowiekiem, którego dopadają czasem różne łotrostwa, jakieś trudne chwile, gorsze dni. Nie jestem ciągłym rozbawiaczem...

A ludzie, których spotyka pan na różnych imprezach towarzyskich czy rodzinnych, domagają się by pan ich rozbawił?

- Oczywiście i wcale nie trzeba pisać podań, żeby mnie namówić. Nie jestem typem faceta, który na scenie tryska energią i humorem a po zejściu z niej staje się smutnym panem. Obawiam się jednak czasem, by nie posądzono mnie o to, że się popisuję. Na imprezach stosuję więc sprawdzoną metodę. Spokojnie czekam, aż wyczerpią się „bateryjki” innym panom i dopiero wtedy ruszam z kontrofensywą.

Gdzie szuka pan inspiracji do swoich monologów i skeczy?

- Wszędzie! Nasze życie jest nieprawdopodobną kopalnią humoru. W Polsce żyje ok. 40 milionów „satyryków”, którzy dają nam prawie gotowe teksty. Wystarczy mieć oczy i uszy otwarte - obojętnie czy jesteśmy na lotnisku, w sklepie czy w parlamencie.

Czy ma pan jakieś tematy tabu, z których nigdy pan się nie śmieje?

- Nie mam takiej obsesji, by bawić widza na siłę i wmawiać mu, że wszystko dookoła jest śmieszne. Moja maksyma mówi, że: „Nie wolno prześmiać całego życia”. Mogę przysiąc, że nigdy nie śmiałem się i nie będę się śmiał z wszelkich kalectw i ułomności. Nigdy w żartach nie poruszam też tematu śmierci i wiary.

Rzadko żartuje pan również na tematy polityczne.

- Robię to bardzo świadomie. Uważam, że to, co robią „panowie z góry” wywołuje śmiech, ale najczęściej jest to śmiech przez łzy. Widzowie przychodzą na moje występy przecież po to, by o tym wszystkim zapomnieć. Do końca nie rezygnuję z włączania się do dyskusji o polityce, ale na pewno nie dominuje ona w moich programach.

A prywatnie śledzi pan poczynania „panów z góry”?

- Oczywiście! Uważam, że nie wolno nam bokiem przechodzić obok tego, co dzieje się w kraju, nie wolno nam głosować w pięćdziesięciu procentach. Wiele osób zginęło przecież po to, byśmy mieli dziś taką swobodę w dostępie do informacji i aktywnym wpływaniu na losy kraju.

Podobno dostał pan już kilkanaście propozycji zagrania w różnych filmach głównej roli, ale jak dotąd żadnej pan nie przyjął, dlaczego?

- Nie chodzi mi o to by w przyszłości wpisali mnie do Księgi Guinnessa jako rekordzistę w odmawianiu, przysięgam. Ale jeśli na scenie przez tyle lat nie użyłem żadnego wulgaryzmu, jeśli nie mam monologów o dziewczynach, które zatrzymują samochody a potem nie chcą jechać, to w filmie też nie chcę tak widza bawić. Zawsze przepraszam autorów tych scenariuszy.

A jeśli pojawi się wreszcie odpowiedni scenariusz to się pan zgodzi zagrać?

- Boję się o tym mówić, bo nie chcę, by ktoś pomyślał, że się dopominam, ale zagranie w filmie to jedno z moich marzeń. Najlepiej, żeby to była dobra komedia romantyczna, żeby się nikt tam nie przewracał na skórce od banana i nie nabijał sobie guza.

W pewnym momencie pana programy były bardzo często powtarzane w TV. Nie wszystkim to się podobało.

- Czasem sam się buntowałem, ale Nina Terentiew tłumaczyła mi, że to widzowie dopominają się o powtórzenie tych programów i pokazywała mi worki pełne listów. Ale ja nagrywam moje programy tylko raz w roku.

Ale te worki pełne listów i ciągłe telefony od mediów nie sprawiły, że woda sodowa uderzyła panu do głowy?

- W moim przypadku stało się bardzo dobrze, że te wszystkie splendory nie spadły na mnie, gdy miałem 20 lat, bo nie wiem czy nie paliłbym mebli w hotelach i nie urządzał konkursów, kto rzuci dalej telewizorem przez okno. Tak długo się przyzwyczajałem i dochodziłem do tego, co teraz mam, że nie mam czasu na „sodówy”! Jestem dojrzałym facetem i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że „sodówa” jest zawsze początkiem końca.

Rozmawiała Magda Ziarko



[wersja do druku]

Nr wydania: 16945, data dodania: 05-12-2005 , mutacja: ABC , wyświetlenia: 10854

< wróć

linia

Komentarze:

na razie brak, twój może być pierwszy.

więcej komentarzy >


Copyright "Słowo"